Miasto “szukaj aż do usranej śmierci” – takie o to hasło powinno nosić miasto w którym obecnie mieszkam, żyję. Gdzie nie spojrzysz, z kim nie nawiążesz znajomości, to zaraz coś się kończy, coś przerywa.
Wymagania są, ja pierdole, nie do opisania, ale to żeby jeszcze ci wszyscy byli tacy idealni. Dnem zajeżdża z każdej strony. Nie żebym był królewiczem na białym koniu, ale też nie jestem pasztetem spod śmietnika cuchnącym starym zgniłym ziemniakiem. Wiem co to higena, jak się ubrać by wyglądać jak człowiek.
Jedni mówią, że ładny, ciacho itp. itd. ale jak już poznam kogoś, kto nie musi być jednorożcem to okazuje się, że jednak, owy “…rożec” szukał jednorazowej przygody, jeśli mu nie dasz, bądź nie wiem, kurwa, co to nic z znajomości na dłużej. W odniesieniu napisałem to do ostatniego mojego spotkania z chłopakiem, do ideału mu trochę brakowało, męski żadna ciota, z humorem, zabawny i przede wszystkim wydawał się szczery, prawdziwy. Ale to wszystko to zamało by coś z tego wyszło, po 3,5 godzinach rozmów, o wszystkim o sobie, o ludziach, milczeniu, obczajaniu się nawzajem…, nawet wspólnemu zwaleniu, kontakt się urwał.. dwie wiadomości wysłane, na żadną zero odezwu, no i ja się kurwa pytam, po co to wszystko? Odpowiedź jedna mi się nasuwająca, no i kurwa po nic.
